5/21/2013

99 problemów a praca jest jednym z nich.

Wakacje idą, czuć w powietrzu sezon ogórkowy w mediach.

Żartuję, sezon ogórkowy jest zawsze. I wyjaśnię wam dlaczego stare kontra nove*, i dlaczego gardłowanie, rozgrzewanie dyskusji i temu podobne sprawy nic nie dają.

Na początek - dlaczego sezon na nijakie wiadomości trwa wiecznie? Bo osobom które są odpowiedzialne za wybór i kierowanie wiadomości to odbiorców nie zależy na wiadomościach. Zauważyliście jak nie mówią już "wiadomości" tylko "newsy"? Być może nawet zapomnieli czym są wiadomości. Prawdopodobne ze dostąpili prania mózgu i liczy się to co będzie miało klikalność, cytowalność, pojawialność się w innych mediach, słupkowalność w okresie 24 godzin. Zamiast analizy wydarzeń 5 ostatnich dni, 4  tygodni mamy codziennie "świeżynkę" która nie jest powiązana ani z dniem poprzednim ani nie rzutuje na kolejne dni.
Case Katarzyny W., matki o śliskich dłoniach. Oprócz newsów o niej i okolicznościach pojawiały się informacje o innych matkach i martwych dzieciach. Ba, doczekaliśmy się odkrycia tożsamości wcześniej niezidentyfikowanego dziecka znalezionego w stawie w Cieszynie. I na tym się skończyło. Dostawaliśmy kolejne porcje z tej samej rzeczy, wielokrotnie powielone, nieznacznie zmienione i bez refleksji.
A na czym powinna polegać refleksja? Na zimnej krwi, na próbie analizowania tego co się dzieje z polską pomocą społeczną, z instytucjami które powinny pomagać/do których matki mogłyby się zwrócić. I wszystkich rzeczach które wydają się być na orbicie a tak naprawdę są sednem sprawy. Czy martwy noworodek wpływa na twoje życie? Jeśli nie jest twój to raczej nie. Ale wiecie co może wpłynąć? Opieka państwa nad wam lub jej brak. Sprawność policji, o tym jak matki mogą być spokojnie o miejsce w przedszkolu. O łatwość w dostępie do pomocy psychologicznej.
Czyli zamiast "Katarzyna W. patrzyła w oczy fotoreporterom" powinno być "Dlaczego pracownicy społeczni nie mają możliwości dokładnej kontroli czy dzieci w domu to rzeczywiście dzieci osoby która wystąpiła z wnioskiem o dofinansowanie".
Case numer 2 czyli Sandra i jej wyjazd za granice. I znowu mamy nijaki tekst, nijaki wywiad i tyle. Czego brakuje? Chwili zastanowienia dlaczego ludziom może być źle, dlaczego pewne mechanizmy w państwie powodują że zatrudnienie na etat jest nieopłacalne. Dlaczego w XXI wieku praca etatowa związana z określonymi godzinami pracy i miejscem jej wykonywania jest dla niektórych zawodów przeżytkiem i przeszkodą. I tak dalej i tak dalej.
Ale teraz clou sprawy: Bo nie ma tego komu robić. Nie napisze wam o tym Wyborcza która sama pozwalniała fotografów i rozpisała konkurs dla młodych wilczków z propozycją "być może przyszłej współpracy". Nie napisze o tej sprawie osoba która jest właśnie taką Sandrą, niezbyt rozgarnięta osobą której brakuje umiejętności i czasu na spojrzenia z dystansem, połączenia kilku faktów i możliwością rozmowy oraz drążenia sprawy zamiast wysyłania gotowca z pytaniami do wypełnienia bo termin na newsa się zbliża.
Bo to tym starym się wydaje że tak działa internet i tego chcą ludzie. Osoby związane ze starymi mediami uważają swoich odbiorców za idiotów i uważają że dla takich osób trzeba tworzyć coś co teraz nazywa się "contentem" a kiedyś było "zawartością merytoryczną". Bo trzeba walczyć o słupek bo to gwarantuje ładne wyniki do pokazania reklamodawcom, autorowi chroni dupę przed wydawca że ludzie wchodzą i patrzą na te reklamy. Jak to się teraz mawia? Monetyzacja?
Relacja nadawca-odbiorca zmieniła się w relacje nadawca-monetyzacja a "odbiorca" jest jedynie narzędziem. Tym młotkiem co uderza i robi pieniążki.

Stąd, moim zdaniem, te odpływy czytelników, prenumeratorów. Bo przestali być ludźmi dla których te rzeczy się robiło. Ale oni nie zginęli, i być może czytają/przeglądają Pudelka, WP czy Onet. Ale nowocześnie "prenumerują" analityków. Takich którzy napiszą o powiązaniu nowych przepisów o bezrobotnych, systemu eWUŚ i walki o fajniejsze wskaźniki dla rządu. Tacy którzy przejrzą wiadomości nie po tagach (newsy o Katarzynie W. miały na przykład tag "fakt"), ale informacjach w nich zawartych. Tacy którzy będą w stanie powiedzieć że dwa tygodnie temu ktoś mówił coś takiego a pół roku temu mówił zupełnie coś innego. A nie tacy którzy wyśmieją Słowaków za zabawne przepisy o obowiązku zgłoszenia zagranicznego wyjazdu nie wspominając o tym że u nas takie prawo również istnieje. Czyli zamiast tworzyć "klikalny content" stworzą absorbujący artykuł. I to bez szkody dla cennej "ilości wyświetleń".

* używam słowa nove zamiast nowe ponieważ w obecnej sytuacji nie ma "nowych mediów" są tylko nove metody ich wykorzystania bo obu stronach komunikatu.

4/18/2013

Jak ja sporą ilością rzeczy szczerze gardzę

Nie lubię, nie pasuje mi, gardłuję, wylewam żółć, przeprowadzam opad rąk, robię mentalnego facepalma, przybieram układ brwi "fo fak sake". Tak bardzo mnie denerwuje.
Rano budzik dźwiękiem Iggiego Popa mówi mi o pożądaniu życia . Kocica siada obok mnie i delikatnie mruczy patrząc w twarz mrużąc oczy.
I na tym się kończy. Muszę odgarnąć kołdrę, postawić nogi na podłodze i spojrzeć w lustro przy łóżku. Jak mi się nie chce.
I potem leci prosta reszta. W pracy, i w pracy, praca, u ludzie którzy nie udrożniają akapitu od odstępu międzywyrazowego zwanego spacją. I oglądam internet, i w internecie, internet, i ludzie którzy dostają pieniądze choć według mnie na to nie zasługują. A ja siedzę jak ciul i nic nie robię i marudzę i nie mam siły i śmiałości spróbować swoich sił i się pokazać bo jestem swoim największym krytykiem.

I tak mnie to słabi że mi się więcej nie chce pisać chociaż bym popisał. I nawet rysowac mi się nie chce chociażby terapeutycznie tego wyrzucić z siebie.
ehhhhhhhhhh

1/04/2013

Zapiekanka z Ziemiorów.

 Po. tej. tos. Ziemiaky. Pyry. Kartofle. Źródło amerykańskiej stonki i frytek.
Przepis na zapiekanke bez gotowania i "klania" (wiecie że "klanie" to określenie ubijania ziemniaków? Ponoć tak się mówi w okolicach Rabki). Ziemniaki obieramy ze skórki, kroimy w paski i wrzucamy na patelnie. Posypujemy przyprawami (dla "wykładników" użyłem: kolendry, pieprzy<< bo trzy rodzaje pieprzu>>, papryki ostrej, majeranku i pietruszki), po około pół minuty, kiedy płatki są trochę podgrzane, polewam oliwa i obracam na druga stronę. Na zdjęciu widać płomień z garnka z olejem gdzie smażyłem obierki. Są lżejsze niż frytki i bardziej chrupiące a do tego dobre jako przystawka zamiast czipsów.

 Ziemniaki podsmażone z obu stron wykładamy do żaroodpornego naczynia. Dzięki temu że przyprawy w fazie pierwszej miały czas przykleić się do ziemniaków są one opanierowane z jednej strony która wykładamy do góry. Nie trzeba smarować ani dodawać oliwy czy oleju. Ziemniaki są
wystarczająco nim oblepione a dodatkowa woda i tak ułatwi dogotowanie.


Wlewam następnie podgrzany na tej samej patelni (która cały czas jest naoliwiona więc kolejne elementy nie będą osobno natłuszczane) przecier z pomidorów. Tym razem pokusiłem się o użycie gotowego z dodatkiem czosnku co okazało się złym pomysłem ponieważ baaaaardzo mało i rzadko solę i końcowy wynik jest ździebko za słonawy. Posypałem górę groszkiem w nadzieji że woda z nich trochę zmniejszy ten efekt i wyparuje razem z nadmiarem soli.

 Ponownie podsmażam ostatnią porcję talarków. Tą zmiane posypałem: kurkumą, curry, selerem i odrobiną "warzywka" dla piątego smaku. Ponieważ teraz patelnia jest już trochę bardziej rozgrzana i uwalona wcześniejszym sosem trzeba pilnować i często poruszać żeby nie przywarły od strony z przyprawami. Czystą stronę przypalam (bo ja lubię jak jedzenie jest blisko węgla).

Ostatnim sortem wykładam górę zapiekanki, zauważcie ze tym razem układałem je "na zakładkę" dzięki czemu groszek nie wyschnie w piekarniku i będzie nadal lekko chrupiący. Woda z solą ma możliwość wyparowania bo brzegu gdzie nie ma takiego hełmu.

Zapiekanka jest gotowa po tym jak ziemniaki na spodzie się ugotują, można to zauważyć po zmianie koloru kartofla. Dla mało biegłych: ziemniak po podgrzaniu i podsmażeniu powinien mieć 3 kolory a) żółtawy na obrzeżach b)jasno żólty/biały w centrum i c) prawie przezroczysty w środku. Po ugotowaniu talarek powinien miec w całości jeden kolor. Jaki? Zależnie od ziemniaka ale jeden.



Na końcu posypałem gorącą zapiekankę serem i potrzymałem chwilę w piekarniku. Niestety nie udało mi się "odsolić" więc dla dodatkowego przełamania soli posypałem odrobiną słodkiej papryki.

Nie podaję czasu i temperatury piekarnika ponieważ to wasz piekarnik. Jest wiele takich jak ten ale ten jest wasz. Możecie właczyć lampkę w środku, usiąśc i oglądąć najbardziej fascynujący program o tym jak gorąca lawa robi "plop" a płaszcz ziemi zmienia kolor.

10/15/2012

Kiki in Black

Pakiecik dwóch komiksów biograficznych od kultury gniewu. I to trzy elementy które je łączą ponieważ oba ilustrują jak plastycznym (od plasteliny) komiks jest materiałem.
"Kiki z Montparnasse'u" autorstwa Catel [poprawione bo jestem szowinistą a w dodatku nie przykładam się do resarchu i zakładam że komiksy robią tylko faceci] (rysunki) i Bocqueta (scenariusz) jest fabularnym odpowiednikiem wytrawnego czerwonego wina o nucie palonych lisci, zimnych pokoi i biegu we mgle. Nie ma w tym komiksie rzeczy naprawdę wesołych. Wszystko podszyte jest smutkiem, niepokojem i rozpaczą. A historia jest pieknie amerykańska. Oto biedna dziewczyna przybywa do wielkiego miasta, zostaje modelką takich malarzy jak Foujita, Kisling, Mayo i zostając muzą i partnerką Man Raya (tego który widzi zdjęcie tam gdzie Dali widzi nosorożce). Wspaniałe zycie w "kolorowym, oświetlonym slońcem sztuki" Paryżu. Ale komiks jak przystało na prawdziwą biografię obdziera tą historię z ozdobników i romantycznych podmalowań. Rysunki Catel we wspaniały sposób portretujące postacie z rue de la Gaite oddają jednocześnie ziąb, samotność, strach i chwile radości wspomagane alkoholem i narkotykami. Bocquet rozpędza swoja lokomotywę jak życie Alice Prin. Początek i koniec to powolne toczenie się opowieści z małego miasteczka do cmentarza. Ale w środku trasy kiedy osiagamy prędkośc z okien widzimy to było kwintesencja lat 20 XX wieku w Paryżu. Wspaniała opowieść o jednych z najwspanialszych czasach (dla mnie osobiście) w sztuce.


Zupełnie innym rodzajem historii jest "Baby in Black" Arne Bellstrofa. Tutaj równiez mamy artystyczny światek Hamburga z początku lat '60. Oczywiście o tyle o ile kilku studentów Akademii Sztuk Pieknych i jeden muzyczny zespół można porównać do Montmartru. Ale zespól i nie byle jaki. The Beatles bez Ringo Starra i z Stu Sutcliffem na basie. Opowieśc o miłości tego ostatniego do Astrid Kirchherrm niemieckiej fotografki która jest odpowiedzialna za kilka najbardziej znanych zdjęc Beatlesów. Historia związku "piątego Beatles" jest świetnie zilustrowanym romansem, mozna by powiedzieć nawet że romansem dla guwernantek (scena seksu Astrid i Stuarta zastapiona jest obrazami ich spaceru po lesie), troche bajkowym w swoim sposobie, Klaus Voorman nie tylko gładko przełyka porzucenie przez Astrid ale nawet cieszy się że odnalazła szczęscie, a pózniej nawet nie zaklnie pod nosem kiedy John mówi mu że nie zostanie basistą w miejsce Stu który porzuca muzyke na rzecz malarstwa. Rysunki świetnie oddają podobizny bohaterów ale czasami brakuje im drobnych smaczków (knajpa jak knajpa, wszyscy palą papierosy a powietrze czyste jak nad morzem). Świetnym zagraniem jest "pozwolenie" żeby anglicy rozmawiali po angielsku, dzięki temu widzimy równiez barierę językową dwojga kochanków która z czasem pokonują.

Na zakończenie "Baby in Black" według Beatlesów, zagrane w Niemczech. 

10/01/2012

XXI wiek czyli ci wspaniali kolejarze w ich puntualnych maszynach.

 Człowiek chciał poczuć XXI wiek. Kupic bilet przez internet bo będzie "na styk" na dworcu i chce uniknąc kolejek. Tak sie to robi w polszcze.
Najpierw załozenie konta. Wymaga to podania oprócz imienia i nawiska, również adresu (nie wiem jakiego wiec podalem krakowskie przedmiescie) adresu email (na co? nie mam pojęcia. Nie dostałem ani informacji o założeniu konta, ani potwierdzenia kupna biletu ani "mamy chuju twoje dane, napisz coś złego o nas w necie to cie znajdziemy").
Najpierw wita nas nas informacja o tym że strona jest niedostępną (nie zdażyłem zrobic zrzutu bo strona sie automatycznie przeładowała) ale za to uraczyła mnie informacją o java. Oczywiście nieprawdziwą bo kolejne przeładowanie pozbyło się tego paskudztwa. Zwróćcie  uwagę na punkt drugi. Dopiero w nim system raczy nas poinformować że mamy mieć konto. Połaczenie które wybraliśmy  w punkcie pierwszym idzie sie jebać do nieba zagubionych wyszukań. 

Mamy możliwość kupienia biletu lub biletu z rezerwacja (po angielsku "ticket with reservation"). Niech was nie zmyli że można zrobić rezerwacje na druga klasę albo coś. Bilet z rezerwacją dotyczy wyłącznie I-klasy. Czyli nie jak twierdzi pkp "na bilet I-klasy obowiązuje rezerwacja" tylko rezerwacje obowiązuję wyłacznie bilety I-klasy)  Oczywisice dowiadujecie się tego po przejściu do płatności. Czyli przy 5. punkcie. 

Jeśli sie nie daj boże gdzieś pomyliliście. To nie ma opcji "cofnij" albo "popraw" trzeba kliknąc na "strona głowna" i od nowa wybrać to co nas interesuje. Czyli bilet z rezerwacja zamiast jak plebs drugą klasą? To jeszcze raz wieśniaku! Co ciekawe wybór stacji docelowej i startowej nie dysponuje bazą. To znaczy nie możemy na mapie zaznaczyć skąd chcemy jechać ani dokąd tylko musimy wpisać nazwę miasta. Pół biedy jeśli to Sosnowiec z dwoma dworcami. Gorzej jeśli to Łódź bo wtedy macie klops. A wybranie stacji do której nie ma połączenia zostawia was w dupie. "Pan se sprawdzi zanim zapyta bo ja nie wiem" 
Nie da się kupić biletu na tydzień "naprzód". Będę musiał sprawdzić w czwartek czy IC racz mi sprzedać bilet. Może znają swoją sytuację i wiedzą że 7 dni to taki okres ze cała ta firemka i jej córki moga pojśc się jebać. Dlaczego nie można? Nie wiadomo. F.A.Q. Odpowiada na pytania "czy cudzoziemiec może założyć konto?" ale nie "dlaczego nie moge kupić biletu 30 wrzesnia na 6 października?".

Oczywiscie są takie kwiatki jak wybór języka. Wyboru tego można dokonac PRZED zalogowaniem się do systemu i nigdy później nie da się go zmienić? Masz autoamtyczne logowanie i wcisnąłeś Enter? No to sie chuju wyloguj wybierz mała brytyjską flagę i zaloguj sie jeszcze raz. Bo tak. 

9/15/2012

Total recall of eclipsed mind



Jak nauczę się rysowac to bedzie ciąg dalszy.

7/18/2012

Ja też byłem Ratboyem.

Uwaga! Poniższy tekst mocno jest zainfekowany pewnym sentymentem za Ratboyem, Katowicami z końca XX wieku  oraz zbliżonym do autora komiksów światopoglądem. 


Na początku krótkie wprowadzenie. Z Ratboyem po raz pierwszy zetknąłem się w podstawówce przez opowieści z drugiej albo i trzeciej ręki. Pojawiały się w szkole plotki o komiksach ze śląskim superbohaterem, gdzieniegdzie przemykały osoby ze "szczurzą Myszka Miki piratów" na koszulce. Miałem wtedy jakieś 14-16 lat. W moim świecie komiksów królował Punisher i Batman. Ratboy'a nie widziłem na oczy. Ale strasznie jarała mnie myśl że jest komiks o bohaterze "stąd" (ach ten lokalny patriotyzm), który jest w opozycji do czegoś tam. Pierwszy kadr który zobaczyłem (był zresztą solówką, ktoś powiększył obrazek i drukował w formie plakatów a4 dopisując czasami w dymek inne teksty) był tym który w komiksie RATBOY możecie zobaczyć na 15 stronie w lewym dolnym rogu (winię ten obrazek za podsunięcie mi pomysłu zjedzenia zgniłego pomidora). Od tego czasu minęło troche czasu, i wstyd się przyznać, ale nie miałem w ręku żadnej pełnej historyjki.   Oczywiście zdążyłem sobie przez te kilka lat stworzyć pewne wyobrażenie " Homorattusa" jako postaci i jako komiksu. I Prosiak te oczekiwania z wyprzedzeniem spełnił a dzięki różnicy w czasie dziełko nabrało miłej nuty wspomnień.
"Ratboy" jest komiksem na bardzo wysokim poziomie (oczywiście widać różnicę między nim a np. "Prosiackiem X" o którym za krótki czas), ale to świetne historie, dobrze zaplanowane, rozpisane od A do Z. No i co najważniejsze bardzo dojrzałe. W komentarzach możemy przeczytać o zamierzeniach autora i tym jak miała postać wyglądać (chodzi głownie o wygląd psychiczny). Niezależność Ratboy'a jest podkreślona nie tylko przez to że jest punkiem ale też tym że do punkowej załogi nie należy, stoi obok. Ten fakt jest później przez Prosiaka rozwinięty w Epizodzie II, i to w sposób za który należą się autorowi oklaski. Owedyk nie boi się porzucić romantycznego wątku między człowiekiem-szczurem a Myszowatą żeby pokazać że jego świat nie jest czarno-biały. Pojawia się prezentacja obozu punków od których Ratboy zdecydowanie się odcina i część kościelna naszego społeczeństwa. I tutaj mamy bardzo dojrzałe podejście do tematu. KK to nie tylko rozpasani księża i biskupi oraz stare zamarynowane żalem i gniewem zakonnice. To również młode dziewczęta dobrowolnie wstępujące do zakonu (tematem przewodnim tego epizodu jest właśnie walka z faktem że do średniej urody uniformów są wtłaczani ludzie wbrew ich woli).
Całość historii doprawiona jest czarniawym humorem i dystansem zarówno do "swoich" jak i wrogich obozów (choć policji dostaje się wyjątkowo mocno również w przypisach).
Mimo kilkunastu (fiu fiu) lat na karku Ratboy prezentuje się bardzo porządnie, nie ma pompatycznego wynoszenia "naszych" nad resztę, brak jest zbędnego wybielania i taniej propagandy przeciwko tym innym (no może znów przeciw policji ale jak wspomniałem we wstępie, ja też mam takie odczucia).
Samo wydanie jest standardem "kultury gniewu" (piszę tak bo kiedyś w recenzji przeczytałem że standardem Taschena jest wydawanie w dużym formacie książek-albumów), czyli dobry produkt od strony edytorskiej a wspominane przezemnie przypisy końcowe dodają kolejnego "readibility" dla całego komiksu.
Czyli w krótkich słowach: czytałem i  polecam Robert Lewandowski.

PS. Pyntla na Chybziu to dalej jest synonim totalnego zadupia gdzie krowy pasą.